Mocne kino w męskim wydaniu "Chrzest" Marcina Wrony
Artykuł zawiera spoilery!
„Chrzest” Marcina Wrony otwarty ryciną Alberta Dürera „Kain i Abel” to elektryzująca, sprawnie zrealizowana psychodrama o nieco drapieżnym posmaku, odsłaniająca ze znawstwem kulisy męskich uwikłań, plątaninę emocji, połączenie tkwiących głęboko w każdym pierwiastków dobra i zła. Nieuchronność losu, dług i jego spłata, wina i kara, przyjaźń i zdrada, światło i mrok zespolone w jedną całość. Mocne kino męskie w naprawdę dobrym wydaniu, z nieodłącznymi elementami seksu i przemocy. Kino Wrony przypomina dynamicznie zgrany teatr, trzymający w napięciu do ostatniej chwili, a fatalizm wywołuje bunt i niezgodę, przeciwstawione bierności głównego bohatera.
Wkraczamy w naszkicowane z nowobogackim rozmachem środowisko, w którym Michał odnalazł swą bezpieczną życiową przystań, oddzieloną od prozaicznych materialnych problemów tak szczelnie, jak szczelne są okna, których jest producentem. Na pierwszy rzut oka możemy powiedzieć, że jest „wybrańcem losu” czy bardziej prozaicznie „człowiekiem sukcesu”. Na tę opinię składają się aktywa: piękna, kochająca żona, uwielbiany syn, który dopiero co się narodził, obszerne, nowoczesne mieszkanie z widokiem na stolicę, znakomicie prosperująca firma, luksusowy samochód. Pełen dumy z tego, co osiągnął, w scenie, w której obserwuje z balkonu kładącą się do snu Warszawę pod upajającym wpływem alkoholu, krzyczy: „to miasto jest moje!” Przystojny, energiczny, męski, o kamiennej twarzy rzadko zdradzającej emocje, wie czego chce od życia i zdecydowanym ruchem po to sięga.
Kiedy przyjeżdża do niego nieco ekscentryczny przyjaciel, wybrany na ojca chrzestnego, który za Michałem w ogień by skoczył – nie sposób uciec od myśli: oto szczęściarz, który wygrał los na loterii. Nie dajmy się jednak uwieść tej zbyt doskonałej fakturze obrazu, życie Michała utkane pozorami szczęścia, nie jest w istocie czym innym jak stromym urwiskiem nad przepaścią. A czyjaś dłoń niecierpliwie czeka by go w tę przepaść strącić. Od pierwszych scen czuć atmosferę podskórnej obawy, niepokój, podsycany muzyką o etnicznych motywach.
Niepokojący trójkąt wzajemnych relacji tworzą: Michał, jego żona Magda i przyjaciel z dzieciństwa Janek. Swoista trójca potrzebna by ceremonia chrztu dziecka mogła przebiegać bez zbędnych zakłóceń, choć każda z tych postaci czuje swą wymuszoną rolę. Ona subtelna i piękna jest dekoracyjną postacią, zbyt uległą na tle wyrazistych, męskich, które zdają się stanowić swoje znakomite dopełnienie. Jej krzyk, że nie da odebrać sobie szczęścia, wypływa ze świadomości jak mało w istocie ma do powiedzenia. Przyjaźń Michała i Janka będzie miała o wiele silniejszy emocjonalnie wydźwięk niż oparta na męskiej dominacji miłość. Michał i Janek są jak yin i yang, ich męska przyjaźń pełna zwrotów, nacechowana niby bezgranicznym zaufaniem, zbyt często jednak przyglądają się sobie badawczo, z pewnym dystansem, dochodzi między nimi do spięć, mimo to wydaje się, że jeden bez drugiego nie może istnieć.
Te trzy postacie zbliżającego się dramatu cechuje ambiwalencja uczuć, niemal bezwiednie rozmijają się i jednocześnie zmysłowo przyciągają, ciasno złączeni nieuchronnością wydarzeń, jakie mają nastąpić. Czeka je tytułowy chrzest, po nim ich życie bezpowrotnie się zmieni. Najbardziej ta inicjacja dotknie szarpanego rozmaitymi pokusami Janka.
O życie Michała upomni się Gruby, szef mafii, ze spokojem, z perfidią, bez sentymentów zechce wyrównać dawno już wystawione rachunki (świetna rola Adama Woronowicza). Gangsterskie środowisko zostało naszkicowane z pełnym okrucieństwem jedną sceną, której bestialstwo może wywołać skurcze żołądka. Michał zaskakująco bierny, jakby przyjął, że oto przyszedł moment zapłaty i trzeba się poddać egzekucji, świadom bliskiego końca, który znaczy brak gotówki na dalsze opłacanie Grubego powierza Jankowi rolę swojego zastępcy przy Magdzie i synu. Decyzja podjęta z pełną świadomością, a jednak, co nieuniknione, do końca będziemy obserwować Michała miotanego napadami zazdrości, pełnego rozdarcia.
Reżyser prowadzi widza poprzez sceny dzielące go od stanowiącej kulminacyjny moment filmu niedzieli chrztu ze znawstwem i czułością, jaką patrzymy na otaczający świat świadomi rychłego momentu z nim pożegnania. Oto widzimy migawki z życia, które Michał chce zabrać ze sobą w tę bezpowrotną podróż niczym utrwalone na fotograficznej kliszy: Magdy karmiącej piersią Adasia, tańca z ukochaną przy ckliwych dźwiękach „Tej ostatniej niedzieli”, zabaw z synkiem, gdy dotyka budzących męską czułość paluszków, ostatnich chwil spędzonych z rodziną po chrzcie dziecka.
Finał tej wciągającej historii przyjęłam z lekkim niedowierzaniem, chwyta za gardło i wstrząsa widzem, jednocześnie wywołując lawinę przemyśleń. Składam wyrazy uznania dla reżysera za stawianie uniwersalnych pytań ujętych w formę atrakcyjnego, znakomicie zmontowanego i zagranego obrazu.
Jest jeszcze coś, co nie pozwala nam patrzeć na ten przykuwający uwagę, kilkuaktowy sterylny dramat, jedynie jak na interesujący teatr: fakt, iż został oparty na prawdziwych wydarzeniach.

Zaloguj się aby skomentować lub połącz przez Dołącz przez Facebook