Dziki Zachód Braci Coen
Zaiste, dobrego westernu nie warto oglądać bez kowbojskiego kapelusza, a ja jestem takowego szczęśliwą posiadaczką, jeśli zaś chodzi o butelczynę whisky, no cóż, nie zabrałam jej tylko dlatego, że jako niezbyt przyzwyczajona do mocnych trunków chciałam coś jednak z najmłodszego dziecka braci Coen zapamiętać. Nakręcić dobry western w XXI wieku, mając za sobą przeszło jedno stulecie pachnących wystrzałem z colta tradycji niemal stricte amerykańskiego gatunku, sięgających zarania sztuki filmowej, nie jest bagatelą. Westerny pochłaniały mnie, kiedy byłam jeszcze małą dziewczynką, śledziłam je z zapartym tchem i rozszerzonymi zachwytem źrenicami, siedząc z tatą na kanapie, przenosząc się z szarego blokowiska w skaliste wąwozy i prerie, zafascynowana światem odważnych kowbojów, którzy bronili pokrytych dziś grubą warstwą kurzu, tak jak filmowe taśmy lat pięćdziesiątych ubiegłego stulecia zasad: honoru, męstwa, sprawiedliwości. Klarowny i prosty świat, może dokładnie taki, za którym w głębi duszy wielu z nas tęskni.
Kto dziś nie zna takich nazwisk jak John Wayne, Gary Cooper, Henry Fonda, Clint Eastwood? Kto nie widział wciągających, wywołujących wypieki na twarzy opowieści (choćby mistrzowskiego, demitologizującego "Pewnego razu na Dzikim Zachodzie" Włocha Sergio Leone z pełną nostalgii muzyką Ennio Morricone i świetną sceną rozegraną na kolejowej stacji), ukazujących osadnicze czasy Dzikiego Zachodu, pojedynki rewolwerowców w samo południe, kopalnie złota, walki z Indianami, portretujących chropowatą ziemię, nękaną najazdami romantycznych łupieżców i awanturników z żyłką przygody, których siłą były schowane w kaburach, gotowe w każdej chwili do wystrzału rewolwery, niezły refleks, a czasem wypita dla kurażu butelczyna whisky? Na ich spotkanie wyruszali bez chwili wahania broniący porządku, szlachetni i odważni szeryfowie. Kto nie oglądał westernów ten nie ma pojęcia, że można uwielbiać i tych wiecznie szukających guza, przesiadujących w saloonach zawalidrogów, którzy pocierali zapałką o podeszwę buta, w żyłach których krążyła szybko krew, a strzały z rewolweru padały szybciej niż pojawiały się myśli, gdy z uwodzącą widza niedbałą nonszalancją przekraczali granice prawa. A mimo to niekonsekwentnie kibicować, by zostali schwytani przez szlachetnego szeryfa.
I przychodzą mistrzowie absurdalnego poczucia humoru Joel i Ethan Coenowie z Minnesoty, w której kiedy „ szary dzień, gdy na ziemi leży śnieg, niebo i ziemia zlewają się w jedno. Wszyscy wydają się „wisieć" w powietrzu” i wydaje się, że czas się cofnął, zwłaszcza że ten coenowy świat wizualnie wycyzelowany, wypieszczony idealnym oświetleniem i przepięknymi zdjęciami, przypominającymi pożółkłe fotografie. Na pewno nie był to zachwyt, choć Coenowie wznieśli się na wyżyny artystycznego kunsztu i plastycznie odmalowali realia Dzikiego Zachodu, ale świat odarty z romantycznej aureoli, naszkicowany depresyjną krechą nie wywoła przyspieszonego bicia serca, nie obudzi uśpionych fascynacji. Co najwyżej można pokiwać mu ze smutkiem głową nad miażdżącą siłą dolara, który zastąpił szlachetne idee i pokrył kurzem z prerii mity, w które tak bardzo chciałam wierzyć. Nasi awanturnicy strzelali do ciasteczek, ale i do zbirów, przez ciemną, oświetloną blaskiem gwiazd noc, gnał do utraty resztek sił kuc z ukąszoną Mattie i jej wybawicielem na grzbiecie, grzechotnik posykiwał złowróżbnie w ciemnej jaskini, kopalnia majaczyła wśród skalnych wyłomów, a ja niczym niezłomna 14-latka, żądająca ukarania zabójcy ojca, pozostałam niewzruszona na czar tej opowieści.
Jednak tak jak ona zmiękła w obliczu dokonanej zemsty, tak i ja przyznaję, że Coenom udało się stworzyć postacie z ikrą, pełnokrwiste i zapadające w pamięć. Nie wliczając w to oczywiście Brolina, zabójcy ojca Mattie, ciemnego charakteru, który widocznie nie wart był głębszego poznania. Ryzykowne obsadzenie z jednej z głównych ról debiutującej na dużym ekranie 14-latki, okazało się strzałem w dziesiątkę - znakomita, sprytna i potrafiąca się chłodno targować Hailee Steinfeld zawojowała awanturników i niejednego widza, wymykając się wydzierającej z metryki dziewczęcej naiwności. Jeff Brigges, w ciemnej opasce na prawym dla odmiany oku, w zasadzie niczym nie ustępował pojawiającemu się w obrazie H. Hathawaya z 1969 roku - Johnowi Wayne - zgarniającemu Oscara za rolę zawadiackiego szeryfa Cogburna Roostera (choć z uporem godnym większej sprawy nie mogłam się uwolnić od uporczywej myśli swoistego powinowactwa tej postaci z Jacquesem, starym cynikiem, granym przez Briana Coxa w „Dobrym Sercu” Dagura Kàri). Przewrotne dialogi z metką made by Coen i wyraziści bohaterowie przywracają wiarę w aktorskie rzemiosło w dobie filmów, bazujących na efekciarskich mirażach. Może akcji zabrakło miejscami widowiskowego tempa, ale ogólnie obraz Coenów trzyma wysoki poziom. Zatrzymawszy się chwilę nad otoczeniem formalnym czas pogalopować krótko w warstwę fabularną. I tutaj egzaltacji być nie może, bo to choć akcentowana na poły ironicznym na poły życzliwym spojrzeniem Coenów to jednak prosta historia, przetykana ostrą strzelaniną i w konsekwencji gęsto ścielącym się trupem, nie wywołująca większych emocji, dla głębi upstrzona biblijnymi odniesieniami o ciemnej dolinie, o zakończeniu, które na dobrą sprawę Bracia mogliby sobie darować.
Film jest rzadko spotykanym, ale jakże pożądanym przez twórców połączeniem sukcesu kasowego z.uznaniem krytyki. Zgarnął 10 nominacji do Oscara (koniec smutnych końców statuetki żadnej, ale nie od dziś wiadomo, że wyroki Akademii na pstrym koniu zwykły jeździć, a kuc Mattie był niewątpliwie najwyższej próby) i zarobił sporo sakiewek pieniędzy, których nie powstydziłby się nawet goniący za kołem fortuny, drugi z łowców głów z dolarami miast oczu (przynajmniej początkowo) LeBouef - strażnik stanowy Teksasu grany przez nieco pajacowatego Matta Damona.
Krótko podsumowując - ten strzał braci Coen okazał się wymierzony w gusta wielbicieli kina z iście szatańską precyzją. Jednak nie we wszystkie trafił tak samo :)

KubaTuba
Super recenzja.
Westerny to specyficzny gatunek filmowy; nie starzeją się, bo, tak jak napisałaś, nigdy nie znudzą nam się widoki prerii czy surowa sprawiedliwość w nich przedstawiana. Ale jednocześnie ciężko je oceniać, bo ich elementy wydają się być kiczowate. Dlatego na każdy western należy faktycznie się wybrać z - metaforycznym - kapeluszem kowbojskim na głowie :)
"Prawdziwe męstwo" bardzo przypadło mi do gustu, szczególnie rola Jeffa Bridgesa, który należy do wąskiego grona moich ulubionych aktorów Hollywood. Pomimo, faktycznie, dość depresyjnego otoczenia, podróż się nie nudzi.
A Josh Brolin jako ars nemesis faktycznie wypada blado, ale takie chyba było zamierzenie od początku, żeby skupić się na podróży, a sam finał rozegrać szybko. Nadaje to "Prawdziwemu męstwu" pewien urok. Sama postać Brolina też jest nieźle zagrana, sprawia wrażenie człowieka, który zupełnym przypadkiem zdobył taką a nie inną reputację. I właśnie jego grze aktorskiej można chyba zawdzięczać, że w tak krótkim czasie można było to wyczytać ;)
Zaloguj się aby skomentować lub połącz przez Dołącz przez Facebook